520 Obserwatorzy
19 Obserwuję
ewqaewqa

ewqaewqa

Wielotomowe przekleństwo

Nienawidzę wielotomowych opowieści. Nienawidzę! 30 listopada premiera czwartego, ostatniego tomu Pana Lodowego Ogrodu Jarosława Grzędowicza. W końcu. Pierwszy ukazał się w 2005 roku. Ja wiem, że praca zajmuje dużo czasu, że pisanie nie jest żadnym fiu bździu, ale gdy kupiłam pierwszy tom PLO miałam ile, 15, 16 lat?

 

Drugą część przeczytałam z rozpędu, ale do bodajże zeszłorocznego tomu trzeciego musiałam przypomnieć sobie pierwsze dwie, no bo przecież w takich powieściach niuanse są całym smaczkiem. Niuanse, których już nie pamięłam. Do zapowiadanego tomu też będę musiała przypomnieć sobie wcześniejszy, chociaż trzeci, tom. Szaleństwo.

 

Piekara i jego Mordimer Madderdin. Zaczęłam w gimnazjum (tak, wiem, pewnie byłam na takie książki za młoda). Miały być trzy tomy. Wyszło już, hmm, ile? No właśnie. Dawno się pogubiłam, chronologia to już dla mnie zagadka, ale lubię sukinsyna Madderdina, a media zazwyczaj przypominają o nowej premierze, więc kupuję i czytam. Czasami się rozczarowuję, ale myśl "a może by tak jednak odpuścić?" zostaje zagłuszona przez "skoro zaczęłam, to skończę!".

 

Nienawidzę siebie za to, że raz po raz daję się wciągnąć w wielotomowe historie, nienawidzę pisarzy, którzy - jak Piekara - postanawiają nie kończyć na trzech częściach, jak planowali, tylko piszą i piszą (pozdrawiam, panie Ziemiański, kiedy 2 część Pomnika Cesarzowej, i 5 już w zasadzie świata Achai?). Książki, które zakupiłam  w szczenięcym wieku gdzieś poginęły (pozdrawiam znajomych, u których są moje książki!), a ja wciąż czytam te historie, i czytam, i czytam...

 

A może jest w tym jakaś magia? Niektóre z tych powieści towarzyszą mi od lat - z nimi dorastałam, były ze mną podczas różnych zmian w życiu. Może dlatego nie potrafię powiedzieć "Spadaj Piekara ze swoim Madderdinem na drzewo".

 

To co? Nie mogę się już doczekać finału Pana Lodowego Ogrodu!