520 Obserwatorzy
19 Obserwuję
ewqaewqa

ewqaewqa

Koniec Pana Lodowego Ogrodu. Nevermore!

Nie mam pojęcia, jak skończył się Pan Lodowego Ogrodu. Wiem, o co chodzi, przeczytałam, ale nie mam pojęcia, czy zakończenie to mnie zadowala. Grzędowicz zafundował mi małego "mindfucka", dał mi zagwozdkę nie do końca związaną z fabułą, ale z samą fomą. Czy jestem usatyfakcjonowana? Panie Grzędowicz, tak się nie robi!

 

Jak pies do jeża to mało powiedziane - do czwartego tomu Pana Lodowego Ogrodu podchodziłam od dnia premiery. Kupiłam e-booka, nawet otworzyłam, zaczęłam czytać i... No właśnie. I. Od pierwszego tomu minęło 8 lat. Pan Lodowego Ogrodu, a raczej Vuko Drakkainen, zwany też Ulf Nitj'sefni, towarzyszył mi od szesnastego roku życia. Z zapałem, z wypiekami na twarzy czytałam pierwszą, drugą, a nie tak dawno trzecią część przygód Nocnego Wędrowca. Świat pełen Pieśni Bogów pochłonął mnie, a sprawny język Grzędowicza w połączeniu z dobrze napisaną historią łączącą przyszłość z przeszłością, to co znamy z nieznanym i fikcyjnym, stały mi się niesamowicie bliskie.

 

Do dziś nie wiem, co Grzędowicz ma w sobie takiego, ale jego kolejne książki pochłaniam zawsze z przyjemnością. Bo Grzędowicz tworzy światy i opiera się o to, co nam znane i bliskie. Nie bez powodu najbardziej lubię te przyziemne historie Grzędowicza - te, które opowiadają o naszym świecie i dodają do niego pierwiastek niesamowitości. Pan Lodowego Ogrodu to jednak Saga inna, Saga, która wymknęła się chyba trochę spod kontroli.

 

Bo jak inaczej nazwać to, że Grzędowicz w tomie czwartym, finałowym, jakby kondensuje historię i z idzie tak często na skróty? Pamiętam opisy nauki Filara - długie, rozwlekłe, które nawet chciałoby się, żeby się skończyły. Ale to było w pierwszym tomie. W czwartym wszystko przyśpiesza, by nagle na koniec przybrać niesamowitego tempa i... skończyć się. Tak po prostu. Trochę brak tu kunsztu poprzednich części, drugiego i trzeciego dna, smaczków, trochę uderzają zbyt banalne nawiązania do świata naszego, realnego.

 

Może to nie Grzędowicz spieszył się z zakończeniem sagi, może tak miało być? Może na końcu my, czytelnicy, mieliśmy poczuć trochę niedosytu, zdystansować się do bohaterów? Tego się pewnie nigdy nie dowiem.

 

Mimo wszystko nie żal ani chwili spędzonej z Vuko, Filarem i całą kolorową gromadą na Midgaardzie. Nie żal, bo Pan Lodowego Ogrodu to po prostu świetnie napisana, może nie specjalnie wysokich lotów, ale historia wspaniała. Wielowątkowość, doprowadzenie fabuły do kluczowych momentów i sprawność Grzędowicza świadczą, że Pan Lodowego Ogrodu to zasłużony sukces polskiej fantastyki.

 

Już tęsknię, już mi brak. Już ciężej jakoś ze świadomością, że nie można czekać na kolejną część. Koniec.

 

Nevermore.