Niewielu jest autorów, którzy potrafią oddać klimat typowej, przeciętnej Polski, a do tego okrasić go szlifem fantastycznym. Mamy Jarosława Grzędowicza, ale to Łukasz Orbitowski w sposób bardziej dosadny tworzy wizje realnego świata, w którym rozgrywają się historie niesamowite z pogranicza horroru.
Łukasza Orbitowskiego czytać zaczęłam przez przypadek, ale każdy, kto popełnia powieść fantastyczną z Wrocławiem w tytule (“Święty Wrocław”) zasługuje na moją uwagę. Mam jednak z Orbitowskim problem - nie chce trafiać na Kindla, znalezienie jego powieści w sklepach z eksiążkami graniczy niemal z cudem. “Wigilijne Psy” trafiły do paczki BookRage, a dla najsłynniejszej chyba “Tracę Ciepło” musiałam przeprosić się z papierem. Forma retro. Warto jednak.
Otrzymujemy więc klikuwątkową historię z okresu przemian ustrojowych, a w retrospektywach nawet z czasów powojennych. Historię męskiej przyjaźni, możnaby powiedzieć, choć co do tego nie jestem pewna. Jeśli to jest męska przyjaźń, to ja jej jako kobieta nie rozumiem, ale to jest chyba w tym najciekawsze. Przyjaciół łączy wspólna tajemnica istnienia świata, którego przeciętny śmiertelnik nie dojrzy.
Ważne jednak, że Orbitowski z sobie tylko właściwym kunsztem w “Tracę Ciepło” narysował świat, w którym łatwo umiejscowić nawet siebie. Szkoła, do której chodziliśmy, ludzie, których spotykaliśmy lub widywaliśmy, rozmowy, które mogłyby się odbyć i momenty takie, jak pierwsze wino, które przeżyliśmy.
Do samej fabuły można mieć pretensje, a raczej do tego, że w pewnym momencie odrywa się nieco od osadzonego w rzeczywistości świata i w miejscu opisu historii miłosnej Polki i niemieckiego żołnierza staje się nieco chaotyczna, traci naturalny ciąg.
Zresztą widać, że “Tracę Ciepło” zostało napisane na przestrzeni dwóch lat. Dostajemy więc trzy osobne części, napisane i poprowadzone w kompletnie różny sposób.
Pierwsza, “Rok Zero”, o początku zdarzeń w szkole, dziejąca się w roku 1990, która najmocniej osadzona jest w rzeczywistości, to preludium i jednocześnie najlepiej poprowadzona pod względem logiczności wątku część. “Strzępy” zaczynają zbaczanie i odrealnianie historii - to tutaj pojawia się opis wojennej historii miłosnej, tutaj pojawia się więcej niesamowitości, by w “Królestwie powietrza” osiągnąć apogeum.
Orbitowskiego nie czyta się nawet aż tak dla fabuły, dla tej mocniej obyczajowej, niż horrorowej historii, co dla wdepnięcia właśnie w alternatywny świat i w kunszt słowa. Mało kto tak jak Orbitowski potrafi tak niewieloma słowami stworzyć pełnoprawne sytuacje i postacie. Nie zawsze dopowiedziane, nie zawsze trzymające się logiki.
Ale przecież tak jest w życiu. Nieco wyrywkowo, czasem nie wiadomo dlaczego.
Dlatego “Tracę Ciepło” czyta się tak dobrze.
P.S. Wiem, książka z 2007 roku, nie nowość. Jednak takie też czasem warto wygrzebać.