520 Obserwatorzy
19 Obserwuję
ewqaewqa

ewqaewqa

O co zapytać Łukasza Orbitowskiego? + mały konkurs

23 października na rynku ukaże się nowa powieść Łukasza Orbitowskiego "Szczęśliwa Ziemia". W związku z tym postanowiłam zapytać Łukasza o "Szczęśliwą Ziemię" i nie tylko.

 

Łukasz natomiast, choć fanem Internetu nie jest, pozwolił mi na zebranie pytań od Was - Internautów:) Jeśli więc chcielibyście zapytać autora "Tracę Ciepło", "Widm" czy "Świętego Wrocławia" o cokolwiek, pytajcie w komentarzach. Autor najlepszego, najciekawszego pytania dostanie papierowy egzemplarz "Szczęśliwej Ziemi" ze specjalną dedykacją (gdy powieść się ukaże).

Dlaczego bohater w typowej fantastyce to zwykle kafar?

Zasada jest prosta: bohater musi być silny, zwinny i mieć niezwykłe umiejętności w walce. Jeśli nie ma, to opisany zostanie proces ich nabywania. Często nie jest inteligentny, ale ma życiowy spryt. Bohater fantastyczny to zazwyczaj taki rodzimy kafar, tylko nieco bystrzejszy i rzucony w inne warunki.

 

Przeczytałam ostatnio Žambocha. Bakly, bohater nie tylko jedej powieści, jest kwintesencją bohaterów wszystkich książek fantastycznych, osadzonych w czasach przypominających średniowiecze. Nie grzeszy wiedzą, ale na ulicy radzi sobie świetnie. Zabija bez mrugnięcia okiem, czasem przez grubą skórę przebijają się uczucia, ale ogólnie taki terminator.

 

Ilu już takich poznaliśmy? Takich fantatycznych kafarów, ale też niezwykle pięknych lub intrygujących, twardych kobiet? Takich, które radzą sobie z niesamowitymi przygodami, jak na przykład Achaja. Dlaczego tak, to konwencja, w której chcemy odetchnąć od człowieczeństwa?

 

To już nieco wtórne, brakuje mi świeżości. Brakuje bohatera, któremu czasem nie wychodzi, który jest bardziej ludzki.

 

A może po prostu czytam złe książki?

Wiem, że to trochę nie miejsce, ale naprawdę oglądając Rectify czuję, jakbym czytała dobrą powieść obyczajową. Magia.

Źródło materiału: http://splay.pl/2013/04/27/ogladanie-rectify-jak-czytanie-wspanialej-ksiazki

Podziwiam. I zazdroszczę

Czytałam od zawsze. Nauczyłam się składać literki patrząc przez ramię czytającym do poduszki rodzicom, gdy miałam 3 lata. A potem czytałam, czytałam, czytałam.

 

Były czasy, gdy każda wolna chwila oznaczała czytanie. Zanurzałam się w przeróżne światy, przeżywałam, dowiadywałam się, płakałam, śmiałam i wyobrażałam sobie to wszystko. Słowa pobudzały wyobraźnię i uzależniały.

 

A pisarze, twórcy tych wspaniałości, wydawali mi się geniuszami. Nie podziwiałam aktorów, nie byłam zapatrzona w gwiazdy i celebrytów tak mocno, jak w pisarzy. To w ich głowach pojawiały się pomysły, które potem zapewniały mi godziny zafascynowania.

Jako dzieciak zapatrzony w książki, pałający do nich miłością, wyobrażałam sobie oczywiście, jak wspaniale byłoby napisać książkę. Tak, jak dziewczynki marzyły o tym, by być jak ulubione piosenkarki, tak i ja miałam swoje własne wizje.

 

Tylko, że pisarze nie byli celebrytami. Skrywali się gdzieś tajemniczo za nazwiskami, od czasu do czasu pokazywali się na kiepskiej jakości zdjęciu na okładce. Z gorączkową ciekawością czytałam więc wywiady w prasie, spijałam każde słowo, do którego mogłam dotrzeć w tych przedgooglowskich czasach.

 

I oczywiście próbowałam sama naiwnie podejść do pisania. Już wtedy zdałam sobie sprawę, że to nie jest proste. Nie siada się i nie przelewa po prostu słów na papier. Dobra książka, dobra powieść potrzebuje fabuły, spójnych postaci, konspektu, planu i umiejętności tworzenia.

 

Dobrzy pisarze są jak bogowie - tworzą, nie do końca z niczego, ale nadrabiają to szczegółowością, warsztatem i fantazją.

 

Przez te wszystkie lata, przez brak czasu a potem wspaniałe powroty do czytania, przez wszystkie życiowe przewroty i przewartościowania które sprawiały, że ludzie, których podziwiałam tracili mój szacunek, a ci, którzy go nie mieli zyskiwali, pisarze pozostawali dla mnie bogami. Może bożkami, ale podziw dla tego, co mają w głowach, jak potrafią to uporządkować, spisać i dostarczyć spragnionym słów, pozostawał.

 

Niedawno poznałam pisarza. Osobę, która tworzy światy i pobudza wyobraźnię ludzi.

Nie wiem, czy to przeczyta, pewnie nie i tak będzie lepiej, ale wiecie co? Pisarz jako osoba, jako zawód i jako ogólna postać zyskał jeszcze więcej mojego podziwu i szacunku.

 

Dowiaduję się nowych rzeczy, dowiaduję się trochę jak wygląda proces tworzenia czegoś dłuższego, niż artykuł, jak tworzy się nowe, jak nowe wynika z prawdziwego. Dowiaduję się nieco o co w tym wszystkim chodzi.

 

Nigdy tego nie zrozumiem w pełni, nigdy nie pojmę, co dzieje się w głowach ludzi, którzy tworzą to, co potem spijamy. Jednak samo próbowanie jest fascynujące.

Podziwiam. I zazdroszczę.

Pomnik Cesarzowej Achai, tom 2 – niedosyt jest, ale żeby spamiętać fabułę do następnej części?

Pomnik cesarzowej Achai. Tom II - Andrzej Ziemiański

Wiem, że takie przekierowywanie jest nie do końca fajne, ale muszę, bo wyszedł mi chyba całkiem niezły tekst o Achai:)

 

Zawsze pozostaje niedosyt. Zawsze! Nawet teraz, po przeczytaniu drugiego tomu „Pomnika Cesarzowej Achai” ten niedosyt i oczekiwanie na część trzecią występuje, choć nie powinien. Bo druga część opowieści o wydarzeniach dziejących się tysiąc lat po śmierci Achai jest na razie najnudniejszą i najbardziej oczywistą częścią historii Arkach i w ogóle świata. A przecież w opisanych przez Ziemiańskiego dziejach Cesarstwa już wcześniej bywało nudnawo.

 

Nie to, żeby „Pomnik Cesarzowej Achai tom 2″ czytało się źle. Ziemiański pod względem językowym... 

 

Czytaj dalej.

Źródło materiału: http://ewqaewqa.booklikes.com
Wydawnictwo Literackie dostaje karnego... Ekhm, za takie sformatowanie mobi. Manipulacje wielkością etc. nie pomagają. Czuję się, jakbym poemat czytała, aż mnie odrzuca!
Wydawnictwo Literackie dostaje karnego... Ekhm, za takie sformatowanie mobi. Manipulacje wielkością etc. nie pomagają. Czuję się, jakbym poemat czytała, aż mnie odrzuca!

W życiu też bywa wyrywkowo i nie zawsze logicznie - "Tracę Ciepło"

Niewielu jest autorów, którzy potrafią oddać klimat typowej, przeciętnej Polski, a do tego okrasić go szlifem fantastycznym. Mamy Jarosława Grzędowicza, ale to Łukasz Orbitowski w sposób bardziej dosadny tworzy wizje realnego świata, w którym rozgrywają się historie niesamowite z pogranicza horroru.

 

Łukasza Orbitowskiego czytać zaczęłam przez przypadek, ale każdy, kto popełnia powieść fantastyczną z Wrocławiem w tytule (“Święty Wrocław”) zasługuje na moją uwagę. Mam jednak z Orbitowskim problem - nie chce trafiać na Kindla, znalezienie jego powieści w sklepach z eksiążkami graniczy niemal z cudem. “Wigilijne Psy” trafiły do paczki BookRage, a dla najsłynniejszej chyba “Tracę Ciepło” musiałam przeprosić się z papierem. Forma retro. Warto jednak.

 

Otrzymujemy więc klikuwątkową historię z okresu przemian ustrojowych, a w retrospektywach nawet z czasów powojennych. Historię męskiej przyjaźni, możnaby powiedzieć, choć co do tego nie jestem pewna. Jeśli to jest męska przyjaźń, to ja jej jako kobieta nie rozumiem, ale to jest chyba w tym najciekawsze. Przyjaciół łączy wspólna tajemnica istnienia świata, którego przeciętny śmiertelnik nie dojrzy.

 

Ważne jednak, że Orbitowski z sobie tylko właściwym kunsztem w “Tracę Ciepło” narysował świat, w którym łatwo umiejscowić nawet siebie. Szkoła, do której chodziliśmy, ludzie, których spotykaliśmy lub widywaliśmy, rozmowy, które mogłyby się odbyć i momenty takie, jak pierwsze wino, które przeżyliśmy.

 

Do samej fabuły można mieć pretensje, a raczej do tego, że w pewnym momencie odrywa się nieco od osadzonego w rzeczywistości świata i w miejscu opisu historii miłosnej Polki i niemieckiego żołnierza staje się nieco chaotyczna, traci naturalny ciąg.

Zresztą widać, że “Tracę Ciepło” zostało napisane na przestrzeni dwóch lat. Dostajemy więc trzy osobne części, napisane i poprowadzone w kompletnie różny sposób.

 

Pierwsza, “Rok Zero”, o początku zdarzeń w szkole, dziejąca się w roku 1990, która najmocniej osadzona jest w rzeczywistości, to preludium i jednocześnie najlepiej poprowadzona pod względem logiczności wątku część. “Strzępy” zaczynają zbaczanie i odrealnianie historii - to tutaj pojawia się opis wojennej historii miłosnej, tutaj pojawia się więcej niesamowitości, by w “Królestwie powietrza” osiągnąć apogeum.

 

Orbitowskiego nie czyta się nawet aż tak dla fabuły, dla tej mocniej obyczajowej, niż horrorowej historii, co dla wdepnięcia właśnie w alternatywny świat i w kunszt słowa. Mało kto tak jak Orbitowski potrafi tak niewieloma słowami stworzyć pełnoprawne sytuacje i postacie. Nie zawsze dopowiedziane, nie zawsze trzymające się logiki.

Ale przecież tak jest w życiu. Nieco wyrywkowo, czasem nie wiadomo dlaczego.

 

Dlatego “Tracę Ciepło” czyta się tak dobrze.

 

P.S. Wiem, książka z 2007 roku, nie nowość. Jednak takie też czasem warto wygrzebać.




Koniec Pana Lodowego Ogrodu. Nevermore!

Nie mam pojęcia, jak skończył się Pan Lodowego Ogrodu. Wiem, o co chodzi, przeczytałam, ale nie mam pojęcia, czy zakończenie to mnie zadowala. Grzędowicz zafundował mi małego "mindfucka", dał mi zagwozdkę nie do końca związaną z fabułą, ale z samą fomą. Czy jestem usatyfakcjonowana? Panie Grzędowicz, tak się nie robi!

 

Jak pies do jeża to mało powiedziane - do czwartego tomu Pana Lodowego Ogrodu podchodziłam od dnia premiery. Kupiłam e-booka, nawet otworzyłam, zaczęłam czytać i... No właśnie. I. Od pierwszego tomu minęło 8 lat. Pan Lodowego Ogrodu, a raczej Vuko Drakkainen, zwany też Ulf Nitj'sefni, towarzyszył mi od szesnastego roku życia. Z zapałem, z wypiekami na twarzy czytałam pierwszą, drugą, a nie tak dawno trzecią część przygód Nocnego Wędrowca. Świat pełen Pieśni Bogów pochłonął mnie, a sprawny język Grzędowicza w połączeniu z dobrze napisaną historią łączącą przyszłość z przeszłością, to co znamy z nieznanym i fikcyjnym, stały mi się niesamowicie bliskie.

 

Do dziś nie wiem, co Grzędowicz ma w sobie takiego, ale jego kolejne książki pochłaniam zawsze z przyjemnością. Bo Grzędowicz tworzy światy i opiera się o to, co nam znane i bliskie. Nie bez powodu najbardziej lubię te przyziemne historie Grzędowicza - te, które opowiadają o naszym świecie i dodają do niego pierwiastek niesamowitości. Pan Lodowego Ogrodu to jednak Saga inna, Saga, która wymknęła się chyba trochę spod kontroli.

 

Bo jak inaczej nazwać to, że Grzędowicz w tomie czwartym, finałowym, jakby kondensuje historię i z idzie tak często na skróty? Pamiętam opisy nauki Filara - długie, rozwlekłe, które nawet chciałoby się, żeby się skończyły. Ale to było w pierwszym tomie. W czwartym wszystko przyśpiesza, by nagle na koniec przybrać niesamowitego tempa i... skończyć się. Tak po prostu. Trochę brak tu kunsztu poprzednich części, drugiego i trzeciego dna, smaczków, trochę uderzają zbyt banalne nawiązania do świata naszego, realnego.

 

Może to nie Grzędowicz spieszył się z zakończeniem sagi, może tak miało być? Może na końcu my, czytelnicy, mieliśmy poczuć trochę niedosytu, zdystansować się do bohaterów? Tego się pewnie nigdy nie dowiem.

 

Mimo wszystko nie żal ani chwili spędzonej z Vuko, Filarem i całą kolorową gromadą na Midgaardzie. Nie żal, bo Pan Lodowego Ogrodu to po prostu świetnie napisana, może nie specjalnie wysokich lotów, ale historia wspaniała. Wielowątkowość, doprowadzenie fabuły do kluczowych momentów i sprawność Grzędowicza świadczą, że Pan Lodowego Ogrodu to zasłużony sukces polskiej fantastyki.

 

Już tęsknię, już mi brak. Już ciężej jakoś ze świadomością, że nie można czekać na kolejną część. Koniec.

 

Nevermore.

Drogi Amazonie, jeszcze nie wiem

 

Drogi Amazonie,

 

cieszę się, że interesuje cię jak oceniam zakupione od ciebie książki. Z chęcią przyznałabym gwiazdki, jednak nie mogę. Chciałabym naprawdę, bo to oznaczałoby, że mam więcej czasu na czytanie. Niestety nie zdążyłam jeszcze przeczytać "Pirate Cinema", nie mówiąc o dokończniu "Di

gital Vertigo". Ba, o "An American Vampire in Juarez" nie wspomnę, bo nawet nie rozpoczęłam.

 

Mam nadzieję, że wraz z zainteresowaniem moją oceną zdziałasz coś na polu wolnego czasu!

 

Pozdrawiam,

 

Ewa

 

 

P.S. pokochałam mojego Kindla, chciałabym móc używać go więcej.

On świeci!
On świeci!

Wielotomowe przekleństwo

Nienawidzę wielotomowych opowieści. Nienawidzę! 30 listopada premiera czwartego, ostatniego tomu Pana Lodowego Ogrodu Jarosława Grzędowicza. W końcu. Pierwszy ukazał się w 2005 roku. Ja wiem, że praca zajmuje dużo czasu, że pisanie nie jest żadnym fiu bździu, ale gdy kupiłam pierwszy tom PLO miałam ile, 15, 16 lat?

 

Drugą część przeczytałam z rozpędu, ale do bodajże zeszłorocznego tomu trzeciego musiałam przypomnieć sobie pierwsze dwie, no bo przecież w takich powieściach niuanse są całym smaczkiem. Niuanse, których już nie pamięłam. Do zapowiadanego tomu też będę musiała przypomnieć sobie wcześniejszy, chociaż trzeci, tom. Szaleństwo.

 

Piekara i jego Mordimer Madderdin. Zaczęłam w gimnazjum (tak, wiem, pewnie byłam na takie książki za młoda). Miały być trzy tomy. Wyszło już, hmm, ile? No właśnie. Dawno się pogubiłam, chronologia to już dla mnie zagadka, ale lubię sukinsyna Madderdina, a media zazwyczaj przypominają o nowej premierze, więc kupuję i czytam. Czasami się rozczarowuję, ale myśl "a może by tak jednak odpuścić?" zostaje zagłuszona przez "skoro zaczęłam, to skończę!".

 

Nienawidzę siebie za to, że raz po raz daję się wciągnąć w wielotomowe historie, nienawidzę pisarzy, którzy - jak Piekara - postanawiają nie kończyć na trzech częściach, jak planowali, tylko piszą i piszą (pozdrawiam, panie Ziemiański, kiedy 2 część Pomnika Cesarzowej, i 5 już w zasadzie świata Achai?). Książki, które zakupiłam  w szczenięcym wieku gdzieś poginęły (pozdrawiam znajomych, u których są moje książki!), a ja wciąż czytam te historie, i czytam, i czytam...

 

A może jest w tym jakaś magia? Niektóre z tych powieści towarzyszą mi od lat - z nimi dorastałam, były ze mną podczas różnych zmian w życiu. Może dlatego nie potrafię powiedzieć "Spadaj Piekara ze swoim Madderdinem na drzewo".

 

To co? Nie mogę się już doczekać finału Pana Lodowego Ogrodu!